Kolejny weekend, kolejny wyścig!

Kolejny weekend, kolejny wyścig.
 
Kierunek - Sandomierz. Cel - dystans Fan na MTB Cross Marathon.

11009134_867359893311214_87083994201059170_n
 
Z zasłyszenia wiedziałem, ze trasa wyścigu to niekończący się interwał. Krótkie, ale soczyste podjazdy, które mogą dać mocno w kość, a raczej napompować uda i łydy do granic wytrzymałości. Nie ukrywam, że bardzo pasowała mi charakterystyka trasy i pokładałem spore nadzieje na dobry wynik. W końcu Chłop z Mazowsza mający tylko Agrykolę na codzień, tylko taki charakter pracy może wytrenować na podjeździe w Stolycy;)
Od samego rana pogoda dopisywała, a prognozowany opad w godzinach porannych się nie sprawdził. I całe szczęście, bo to podłoże nie lubi wody i była by mega mazia.
Tym razem miałem już sektor i ustawiłem się czujnie w drugim rzędzie przed startem. Chwila skupienia i ogień. Pierwsze metry lekko w dół. Szybko robi się gęsto i tłoczno. Ostry nawrót w prawo i podjazd po bruku. Momentalnie stawka się rozciąga i każdy znajduje miejsce w szeregu. Ja zaczynam podjazd na drugim miejscu, a kończę po paruset metrach na ok 5-6 pozycji. Potem chwila wytchnienia na płaskim. Jest nas dziesięciu. Wjeżdżamy do sadów i zaczyna się rollercoaster. Góra-dół-góra-dół i tak w kółko. Jadę  ok 9 miejsca. Na sztywnym podjeździe pierwszy raz zrzucam z blatu i momentalnie zaciąga łańcuch na korbie. Koniec jazdy, łańcuch zakleszczony o ramę. Tracę kilkadziesiąt sekund, kilka pozycji i trochę krwi z poharatanego palca ;) Odrabiam pomału stratę do grupki przede mną, ale na otwartych przestrzeniach sporo sił i energii kosztuje mnie samotna walka z wiatrem. Dogania mnie mała grupka, ale jakoś dziwnie wygląda współpraca. Albo jedziemy wolno, albo ja wychodzę i trochę podkręcam. W pewnym momencie ktoś skacze i próbuję rozerwać. Straszna szarpanina... Tylko po co? Nie dowiedziałem się. Na zjeździe na ok 25km łapie kapcia i grupa odjeżdża. Robię gumę, pompuję i gonię. Za mało powietrza nabite i znowu pompuję. W tym czasie tracę kilkanaście, może kilkadziesiąt pozycji. Ostatnie 22km to samotna jazda. Trochę odrobiłem, ale sporo sił to kosztowało. Mój czas na mecie to 2:09:50 i 26msce Open. Czas jazdy bez defektów - 2:01:10. Więc pierwsza dycha była w zasięgu ręki. No cóż, bywa. 
Podsumowując forma jest, a Shockblaze sprawuję się bardzo dobrze i żaden podjazd ani zjazd większego wrażenia na nim nie zrobił. Mogę szczerze powiedzieć, że po tych paru wyścigach stanowimy już jedność i dobrze się dogadujemy ;)
Niech moc będzie z nami!
  
                                                                                                                Kamil CARLOZ Karwat